Dziecko urodzone żywo z aborcji zmarło w ramionach matki. Nie udzielono mu pomocy
Po tym zdarzeniu matka wystosowała przejmujący apel do wszystkich ciężarnych znajdujących się w trudnej sytuacji, by bez względu na to, co dzieje się w ich życiu, nie zabijały swoich dzieci, bo będzie je to prześladować do końca życia. „Chcę zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby inne dzieci i matki nie doświadczyły tego samego” – napisała.
Żywe urodzenie z aborcji – historia z USA
Urodzenia żywe z aborcji nie są rzadkością. Mają miejsce także w naszym kraju: ujawnione historie dzieci urodzonych żywo z aborcji w Polsce opisywaliśmy niedawno na naszym blogu. Poniżej przedstawiamy historię matki z USA, która nie wytrzymała widoku swojego cierpiącego dziecka, zrozumiała, czym de facto jest aborcja i chciała ratować malucha. A przecież chwilę wcześniej sama podpisała na niego wyrok śmierci! Sytuacja z Florydy udowadnia, że zobaczenie prawdy o aborcji i kontakt z ofiarą tej zbrodni zupełnie zmienia świadomość ludzi. Aborcja to nie jest „przerwanie ciąży”, to nie zwyczajny „zabieg”. To bestialskie zabicie człowieka. Szkoda, że trzeba było śmierci maleństwa, aby jego matka to zrozumiała, ale dobrze, że kobieta robi teraz wszystko, aby uratować inne dzieci.
Zaplanowane morderstwo i samotny poród w toalecie
2005 rok, Floryda. Trzydziestokilkuletnia kobieta po rozwodzie i w trzeciej ciąży uznała, że nie da sobie rady z opieką nad kolejnym dzieckiem. Umówiła się do pobliskiej kliniki aborcyjnej. Jak relacjonowała, chciała „oszczędzić dziecku cierpienia”, dlatego zamiast metody D&L zdecydowała się na podanie synkowi zastrzyku z trucizną i wywołanie przedwczesnego porodu. Pomijamy już tu milczeniem fakt, co to za pomysł, by zamiast dać rozerwać własne dziecko na kawałki, podać mu śmiertelną truciznę. Kobietę zapewniano, że po takim „zabiegu” maluch urodzi się już martwy, ale tak się nie stało. Gdy pracownik placówki przeprowadzającej aborcję umieścił w jej ciele laminaria (patyczki mające za zadanie stopniowo rozszerzyć szyjkę macicy), i według procedury miał wstrzyknąć dziecku truciznę, Angele nadal czuła ruchy malucha. Jak opowiada, podejrzewała, że coś poszło nie tak, mimo to następnego dnia przyjęła tabletki mające wywołać skurcze porodowe i poszła do morderczej kliniki, aby zakończyć aborcję.
Kobieta została umieszczona w brudnym pokoju, w którym na meblach i podłodze widoczne były ślady krwi. Rowan urodził się, gdy jego matka siedziała na toalecie, i wpadł do miski klozetowej. Wtedy Angele zauważyła, że maluszek delikatnie się rusza.
„Dziecko żyje. A oni chcą, żeby umarło”
Jak relacjonowała Angele, zaraz po porodzie zauważyła, że jej synek poruszył prawą nóżką i skulił się, jakby było mu zimno. Matka wybiegła z pokoju, wołając o pomoc. Poprosiła pracownicę kliniki, Violene, by zadzwoniła na numer alarmowy. „Pokazałam jej, że się rusza i żyje. Błagałam ją, żeby się pospieszyła i zadzwoniła pod numer 911, natychmiast!”. Violene powiedziała, że zaraz wróci i „się tym zajmie”, jednak mijały minuty, a nikt się nie pojawił. Do matki przedwcześnie urodzonego maluszka dotarło, że pracownicy klinicy nie zamierzają pomóc jej dziecku, bo chcą, żeby umarło. Zadzwoniła wtedy do swojej koleżanki i poprosiła ją o interwencję.
„Dziecko urodziło się i nadal żyje. A oni chcą, żeby umarło” – relacjonowała chwilę później służbom ratunkowym roztrzęsiona przyjaciółka.
W oczekiwaniu na przybycie służb ratunkowych Angele trzymała synka w ramionach i mówiła do niego. „Siedziałam przy Rowanie, rozmawiając z nim, mówiąc mu, jak bardzo jest silny i jak bardzo jestem z niego dumna. Powiedziałam mu, że Bóg naprawdę chce, abyśmy byli razem, skoro pozwolił mu przetrwać wszystko, co właśnie przeszedł, i że mama jest bardzo smutna, ale jednocześnie bardzo szczęśliwa, że ma szansę go kochać.
Powiedziałam mu, że jest małym, silnym cudem i że nie mogę się doczekać, aż pozna swojego brata i siostrę. Po prostu dotykałam go, próbując ogrzać go moimi dłońmi i rozmawiając z nim, żeby nie czuł się bardziej przestraszony, niż już musiał”.
Niestety pomoc nie dotarła na czas. Maluszek przestał się ruszać.
Nikt nie odpowiedział za tę zbrodnię
Pracownicy kliniki, w której Angele urodziła dziecko, nie wpuścili do środka medyków przybyłych na pomoc po telefonie jej przyjaciółki. Stwierdzili, że pacjentka jedynie „wydaliła tkankę” i że „lekarz ma sytuację pod kontrolą”. A policji powiedzieli, że dziecko nie urodziło się żywe. Członkowie personelu próbowali też namówić Angele, by oddała im ciało dziecka. Matka stanowczo odmówiła. Wraz z przyjaciółką i zmarłym Rowanem szybko opuściła placówkę.
Choć po sekcji zwłok biegły lekarz sądowy stwierdził, że po porodzie serce Rowana prawdopodobnie biło, brakowało na to dowodów. W płucach malucha nie było powietrza. Nikt nie został więc pociągnięty do odpowiedzialności, a Orlando Women’s Clinic działała bez przeszkód aż do utraty licencji w 2018 roku.
Angele bardzo żałowała zabicia swojego dziecka. Postanowiła zrobić wszystko, by uchronić inne matki przed podobnym błędem. Pokazała światu zdjęcia synka wykonane telefonem komórkowym, a w liście do amerykańskiego prolifera Roya Newmana z organizacji Operation Rescue napisała tak:
„Mam nadzieję, że kobiety zobaczą moje upokorzenie i wyrzuty sumienia (…) Chcę, aby kobiety w kryzysowej sytuacji w ciąży zrozumiały, że niezależnie od tego, czy są w 6., czy w 28. tygodniu ciąży, aborcja będzie je prześladować do końca życia. Chciałabym, aby wiedziały, że bez względu na to, jak bardzo nie chcą tej ciąży, będą kochać i pielęgnować swoje dziecko”.
Historia Angele i małego Rowna jest kolejnym przykładem pokazującym, jakim koszmarem jest aborcja i jak bezwzględni są tzw. lekarze ją wykonujący. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla zabicia niewinnego człowieka. A pozostawienie go bez pomocy, gdy jakimś cudem uniknął śmierci, to podwójna zbrodnia!
Tekst: Anna Nowak